czwartek, 12 sierpnia 2010

Dziewczyna rysuje

Miałam sobie darować i na swoim blogu nie rozpisywać się na temat bardzo hucznej dyskusji na temat tzw. komiksu kobiecego. Wszak wszelkie dysputy miały swoje miejsce tam gdzie powinny – w komentarzach na stronie Comix Grrlz. Jednak, gdy prowadząca ten serwis zamknęła możliwość dodawania komentarzy pod notatką o blogu „Dziewczyny rysują” (http://www.comixgrrrlz.pl/2010/08/10/dziewczyny-rysuja/#comments) doszło do mnie, jak mało argumentów ma tu strona przeciwna. Nie ma gorszego ruchu niż powiedzenia „koniec dyskusji” czy „nie chce mi się gadać”. A to właśnie zrobiła szanowna Sylwia. Zamiast odpowiedzieć na pytania, rozwiać wątpliwości, wysunąć argumenty - zamknęła dyskusję. Nie żeby nad tym płakać trzy dni, czy wielce się oburzać. Po prostu Sylwia zamknęła mi możliwość kontry. A sama sprowokowała.

Od samego początku pojawienia się idei „komiksu kobiecego” byłam jej przeciwna (idei, nie Sylwii). Nie lubię szufladkowania, a tym bardziej gdy jest ono bardzo niedoprecyzowane. Od początku było mnóstwo wątpliwości dotyczących samej definicji zjawiska komiksu kobiecego – po co, dlaczego i kogo się tyczy. Po wielu bitwach i bojach dociekaliśmy się dosyć dziwnej definicji, w dodatku opartej na, bodajże, jednym artykule. A o ile dobrze pamiętam z moich zajeć na studiach, trzeba posiadać wielkie zaplecze naukowe i wiele pozycji w literaturze na których można się oprzeć by stworzyć definicję. Albo przynajmniej przeprowadzić konkretne badania.

Czy przeprowadzono badania? Kto odpowiada za tę definicję? Katedra literaturoznawstwa? Może wydział filologii? Karol Marks?

Nie o to jednak się rozchodzi. Już nawet sama definicja komiksu kobiecego mnie nie obchodzi – niech będzie. Niech istnieje. W tej notce chce odnieść się do osobistych zarzutów w moją stronę, które wysunęła Sylwia.

Pierwszy z nich – że jestem antykobieca. Cóż, wygląda na to, iż jeżeli jestem heteroseksualną kobietą, dla której płeć w sztuce nie ma znaczenia i jeżeli mam zastrzeżenia dotyczące teorii „komiksu kobiecego” to znaczy, że jestem przeciwko kobietom. Czyli samej sobie. Jak to możliwe?

Lubię mężczyzn. Naprawdę, czasami lepiej się z nimi dogaduję. Ale to tylko dlatego, ze nadmiar estrogenu może czasami źle wpłynąć na psychikę. To, że mam kolegów, kumpli i przyjaciół nie znaczy, ze jestem bojowo nastawiona przeciwko kobietom. Mam przecież też koleżanki, kumpelki i przyjaciółki. Naprawdę, jeżeli kogoś lubię i się z nim dogaduje to mnie nie obchodzi czy ma penisa czy waginę.

Dodatkowo zostało powiedziane, iż jestem kobietą mówiącą i robiącą wszystko żeby przypodobać się facetom. W którym momencie? Czy to, że się nie zgodzę z tym, co mówi inna kobieta sprawi, że automatycznie będę postrzegana jako ktoś kto chce się przypodobać płci przeciwnej? Czy to znaczy, że WSZYSCY mężczyźni są przeciwko idei komiksu kobiecego? Na pewno są tacy, którym taka idea pasuje. Czyli nie zgadzając się z nią nie zgadzam się także z ich zdaniem?

Taki sposób myślenia jest… seksistowski. Czemu? Gdyż z góry zakłada, że wszyscy mężczyźni są przeciwko feministkom, tym, które działają na rzecz „komiksu kobiecego” itd., itd.

Czy nie jest to przypisywanie jakiejś cechy ze względu na płeć?

Kolejna bardzo istotna sprawa – zostało powiedziane (napisane), że kobiety, które są przeciwko idei komiksu kobiecego (zresztą brzmi to jakbyśmy z widłami szły!) coś sobie nadrabiały. Że mamy problem ze swoja twórczością.

Otóż – ja nie mam. Tworzę to co chcę. Z kim chcę. Kiedy chcę. Jestem zadowolona z tego, że to ja decyduje o tym co robie. I jestem zadowolona z tego co osiągnęłam. Ze wszystkim moich publikacji, z tego, co umieściłam w Internecie i tego, co wydam w przyszłości. To, że nie tworzę komiksu o lesbijkach, komiksu offowego (czy jak to tam nazwać) czy o tej cholernej menstruacji, nie znaczy, że mam problem ze swoją twórczością. To, że robię rzeczy mainstreamowe, nie do końca podchodzące pod to, co jest np. pokazywane na wspomnianym blogu „Dziewczyny rysują”, nie znaczy, że mam problem.

Co usłyszałam w odpowiedzi?

„Kilka komentarzy już tu napisałaś i świadczą one o czymś zupełnie przeciwnym. Do frustracji doprowadza cię fakt robienia komiksów o menstruacji, lesbach, promowanie prac awangardowych czy offowych. No i jest jeszcze komiks kobiecy, tak bardzo bolesna dla ciebie sprawa. Wow, no popatrz, jakoś ani razu twoje nazwisko nie pojawiło się w materiałach na stronie CG (która przecież słynie z komiksu kobiecego). Chandryczysz dla zasady.”

Nie, nie doprowadza mnie do frustracji fakt istnienia takowych komiksów. Doprowadza mnie do szału sytuacja, gdzie bardzo kiepskie rzeczy, rysunki czy komiksy, są publikowane i opisywane jako komiks kobiecy a potem wrzucanie do tego samego worka wszystkie kobiety tworzące komiksy. Ja nie chcę, aby ktoś słysząc „komiks kobiecy” miał przed oczami kiepskiej jakości wypociny marrnych rysowniczek/scenarzystek, gdy cała reszta kobiet daje z siebie wszystko aby wykonać solidną robotę.

To, że jesteś kobietą i robisz komiks nie znaczy od razu, że zasługujesz na uwagę. Zrób coś dobrego, to możesz się ubiegać o jakieś laury.

To, że moje nazwisko nie pojawiło się na stronie CG nie jest dla mnie żadną ujmą. Moje nazwisko pojawiło się na wielu innych, ważniejszych dla mnie serwisach i to nie dzięki temu, że mam waginę. Tylko dzięki mojej ciężkiej pracy.

Ja nie usprawiedliwiam swoich porażek dyskryminacją. Ja nie odważę się pokazać czegoś nędznego w komiksie tylko dlatego, że to „komiks kobiecy” i mam waginę.

Ja po prostu biorę się do roboty i pracuje na swój sukces, jak każdy człowiek, nie ważne czy to mężczyzna czy kobieta.